Zupełnie niezrozumiały jest dla mnie cud przybycia nowej Istoty tu na Ziemię . Kolejny raz oczekujemy na to niewiarygodne zjawisko. W niedługim czasie zawita do nas dziewczynka , będzie to druga córeczka mojej młodszej córki. Starsza ma dwóch synków , a młodsza będzie miała dwie dziewczynki.
Justynka od dłuższego czasu jest już na zwolnieniu lekarskim , bo przedwczesne skurcze mogłyby spowodować przedwczesny poród. Dwa tygodnie temu dostałam telefon ,że teraz to Maleństwo postanowiło przyśpieszyć przybycie i aby Go od tego odciągnąć , należy leżeć i nic nie robić. Jak tu nic nie robić , skoro w domu jest czteroletnia Kasia ,która zupełnie nie przyjmuje do wiadomości , że mama nie może jej obsługiwać.
Nie było wyjścia. Szybko spakowałam niezbędne rzeczy , małżonek odpalił samochód i od dwóch tygodni pełnie dyżur , bo zdajemy sobie sprawę ,że przedwczesny poród to nie zupełnie wykształcone płuca. Zatem wszystko robimy by Nowa Obywatelka zawitała we właściwym czasie. Na razie pokonaliśmy te dwa tygodnie i jutro zaczyna się ostatni miesiąc ciąży. Każdy dzień w łonie mamy traktuję jak kolejny sukces.
Jak zwykle w takich chwilach przypominają mi się poprzednie porody. Opisywałam przyjście na świat mojego najstarszego wnuczka (dzisiaj ma już siedem lat) , wspominałam o urodzinach moich dzieci , a teraz mam przed oczami dni , kiedy do nas dołączyła Kasia .
Szpital w jakim był zaplanowany poród cieszy się dobrą opinią i znajduje się na bardzo wysokiej pozycji w rankingu tego typu placówek medycznych w Polsce. Dało mi to już pewne uspokojenie , chociaż wiem , że wiele rzeczy nie musi od szpitala zależeć .
Kiedy pojawiły się bóle porodowe ,zięć zjawił się z córką w szpitalu . Opłacono pokój ,w którym przyszły tata miał zapewniony nocleg wraz z małżonką i cała męczarnia ,którą tylko kobiety znają , nabrała tępa. Nas poinformowano o przebiegu po kilku godzinach. Jechaliśmy w góry ,ale natychmiast postanowiliśmy zmienić trasę. Tu zięć z córką wybili nam to z głowy , bo i tak nas tam nie wpuszczą i w niczym nie jesteśmy w stanie pomóc. Nie dające się przecenić telefony komórkowe pozwoliły nam na stały kontakt z porodówką . Wszystko przedłużało się , a ja jechałam jak na szpilkach. Obrotny zięć monitował u samego ordynatora i rzeczywiście z pomocą ten lekarz przybył. Jakieś badanie i decyzja o cesarskim cięciu. Miłe to uczucie, kiedy pacjent jest podmiotem i jest wysłuchany ,zrozumiany i nie jest lekceważony. W słuchawce usłyszałam decyzję i czekaliśmy na efekt. Wydawało mi się ,że trwa to wieki, aż wiadomość w słuchawce ,że jest nasza Kasia i , że ma przyznane całe dziesięć punktów. Co za ulga i co za radość. Na drugi dzień z rana pokonywaliśmy kolejne kilometry ,by osobiście pierwszą wnuczkę przywitać.
Zięć całą noc siedział przy łóżeczku i z zachwytem podziwiał dzieło , w powstaniu którego miał swój własny udział. Widziałam wzruszenie i radość. Cieszyłam się ,że młodsza córka rodziła w dużo życzliwszym otoczeniu personelu , niż starsza. Pierwszą dobę po porodzie pielęgniarki podawały dziecko i je odbierały. Przecież mama jest po operacji i ma trudności z poruszaniem. Takiego zrozumienia nie było w przypadku porodu u córki starszej ,czego osobiście byłam świadkiem. Pielęgniarki ,które do pokoju wchodziły były sympatyczne i uśmiechnięte . Nasi panowie również żartem odwzajemniali miłą atmosferę.
-Jak dobrze , że tu trafiłaś -powiedziałam do córki.
- Tak-usłyszałam odpowiedź- tu wszyscy są sympatyczni i wszystko już dobrze , tylko sam poród nie wspominam najlepiej. Znieczulenie w kręgosłup więc wszystkiego byłam świadkiem . Nie jest to miłe uczucie , a lekarz ,który wykonywał cięcie cały czas żartował z pielęgniarką i jakieś dowcipy sobie opowiadali. To nie było przyjemne .
- To rutyna-odpowiedziałam- i tylko Tobie może tak się wydawało.
Najważniejsze, że już po wszystkim.
Szczęśliwi z narodzin Kasi wróciliśmy do domu. Zięć miał przypadkowo długi okres wolny od pracy i postanowił sam z córką opiekę pierwszych dni przejąć. Jak zwykle kontaktowaliśmy się telefonicznie bez przerwy i byliśmy gotowi w każdej chwili służyć pomocą. Tylko ,że w tym czasie jeszcze pracowałam i jedynym wyjściem był przyjazd z dzieckiem do nas.
Pierwszy dzień po powrocie córki do domu mamy telefon, że dostała gorączkę. Wezwano lekarza i jakieś leki zaaplikowano. Teraz bohaterstwo typu, że damy sobie radę , najwyraźniej znikało i młodzi zdecydowali się przyjechać do nas. Tu nie trzeba było myśleć o jedzeniu, sprzątaniu , zakupach i innych rzeczach , a dodatkowo można było liczyć na pomoc przy dziecku z naszej strony. Miałam wrażenie , że psychicznie lepiej się poczuli będąc przy nas.
Gorączka była już opanowana jakimś antybiotykiem i samopoczucie było chyba nie złe.
Wieczorem córka poszła do łazienki umyć się i informuje mnie ,że coś się z niej wydostaje. Nie wiedziałam co zdecydować ,ale młodzi szybko podjęli decyzję. Jedziemy na pogotowie. Dziecko zostało nakarmione i młodzi udali się do szpitala. Po godzinie zjawił się sam zięć i oznajmił ,ze to łożysko zalegało. Natychmiast przystąpiono do usunięcia, tylko nie ma pewności czy jeszcze nie zostało. Zięć przyjechał po dziecko , bo mama karmiła piersią , zatem musiało razem z nią znaleźć się w szpitalu. Na drugi dzień pod narkozą córka miała usuwane jeszcze pozostałe kawałki.
Teraz zostałam ścięta z nóg. Przypomniało mi się, że rok temu nasze miasto obiegła wiadomość, iż taki przypadek zakończył się śmiercią matki. Nieusunięte zaczęło gnić i zakaziło cały organizm. Na ratunek było za późno.
Do dzisiaj pamiętam jak bardzo przeżyłam świadomość czym to się mogło skończyć. Uświadomiłam sobie, że żarty lekarza z pielęgniarką podczas zabiegu mogły bardzo drogo kosztować naszą rodzinę. Przypomniałam sobie, że kiedy ja urodziłam moje pierwsze dziecko , położna nałożyła na ręce rękawiczki gumowe, z następnie dokładnie oglądała łożysko. Wezwała później lekarza , który potwierdził jej przypuszczenie. Brakowało jakiejś części i niestety bardzo bolesny zabieg mnie jeszcze czekał.
Wydawało mi się ,że w przypadku cięcia cesarskiego taka sprawa nie powinna być niezauważona. Potwierdził to również inny lekarz. Tylko, niestety, odpowiedzialni za życie ludzkie specjaliści zlekceważyli zupełnie pacjenta .
Teraz zbliża się kolejny poród. Czy można się dziwić ,że gdy zaczną się bóle , to ja w przerażeniu będę oczekiwała rezultatów?
Dzisiaj będzie matematycznie
Po co komu matematyka? Nie raz słyszałam takie zdania na lekcji. Do czego mi się to przyda? Tłumaczyłam niezbędność logicznego myślenia, zastosowania tej wiedzy w budownictwie, w astronomii , w przemyśle i nie tylko , ale najwyraźniej wielu nie udało się przekonać. Niezbędna systematyczność pracy wyrobiona właśnie na tych lekcjach , procentuje w przyszłym życiu. Mówiłam ,że gdy wejdziesz pierwszaku do klasy maturalnej i tam usłyszysz powojenną historię , nie będziesz miał problemu ze zrozumieniem. Braki wiedzy na temat starożytnego Rzymu czy Grecji nie przeszkodzą w opanowaniu zmian zachodzących po ostatniej wojnie. Inaczej ma się rzecz z matematyką. W tym przypadku gdy znajdziesz się wśród maturzystów ,będziesz siedział jak na tureckim kazaniu. Bo tylko systematyczna praca pozwoli na zrozumienie wykładu w klasie piątej.
Aby skuteczniej przekonać uczniów do przydatności matematyki na co dzień postanowiłam podawać przykłady ,które potwierdzały przydatność tej wiedzy w życiu .
Tym sposobem , zanim zaczynałam dział *stereometria *opowiadałam im prawdziwą historię z mojego życia.
Na wstępie mówiłam ,że stereometria ma za zadanie rozwinąć naszą wyobraźnię przestrzenną. Otaczają nas bryły przestrzeni trójwymiarowej , a zapisujemy wszystko na płaszczyźnie. Nie można prostopadłościanu w zeszycie narysować. Możemy jedynie posługiwać się jego rzutem. Na płaszczyźnie musimy zaznaczać kąty między ścianami .Na płaszczyźnie trzeba wykonywać rysunki domów , mostów i wielu przestrzennych brył. Nawet budę dla psa trzeba umieć najpierw w rzucie naszkicować zanim ją wykonasz.
Tu zaczyna się moje opowiadanie.(dwukropek - klawiatura nie chce go postawić)
Pewnego dnia zdecydowaliśmy się na budowę domku jednorodzinnego i architekt przygotował nam niezbędną dokumentację. Pomieszczenia miały wiele kondygnacji i po schodach będzie wchodziło się do pokoi .
W wyobraźni widziałam swoje pokoiki i w wyobraźni meblowałam je co chwilkę inaczej.
Teraz trzeba było znaleźć odpowiednich murarzy i przystąpić do pracy.
Po długich poszukiwaniach (kiedyś z murarzami to nie było tak łatwo , a co dopiero odpowiednich znaleźć )zamówiliśmy kolejkę u takich, którzy najbardziej do gustu nam przypadli. Mieli dobra opinię , wynagrodzenie jakie sobie zażyczyli było w normie i jeszcze mój Ślubny zwrócił uwagę na to ,że obejście u nich posprzątane , a i w domu porządek.
Nareszcie prace ruszyły. Serce się radowało jak z dnia na dzień rosły mury. A panowie najwyraźniej sprawdzali się ,prace postępowały do przodu, nie marnowano materiału ,nie paćkano po cegłach.
Codziennie po wykonaniu niezbędnych domowych obowiązków zjawiałam się na budowie i za każdym razem widziałam jak moja wyobraźnia zamienia się w rzeczywistość.
Aż pewnego dnia przyjeżdżam i od razu dostrzegam ,że coś mi nie gra. Podchodzę do szefa, starszego pana, i pewnym głosem mówię ,że źle budują. Oj ,zdenerwowałam gościa i to bardzo. Jeszcze pewniejszym tonem zapewnił mnie ,że robią dobrze i dał mi do zrozumienia gdzie jest miejsce *baby*. Szybko ustawił mnie do szeregu. Pokornie usiadłam na łące ,ale nie dałam za wygraną. Wzięłam teraz rysunek w rękę i dokładnie zaczęłam analizować. Jak jest źle ,to w którym miejscu. Przecież do pokoju wyżej miałam jakoś inaczej wchodzić. Po piętnastu minutach upewniłam się ,że mam rację ,wzięłam rysunek i najpokorniej jak potrafię udałam się do pana murarza. Przeprosiłam, że jestem taka dociekliwa ,ale tak już mam i interesuje mnie dlaczego tu są trzy schodki a na rysunku sześć.
Chwilkę pan się zamyślił i zaraz odpowiedział, jeszcze nie zbyt uprzejmie, ale już z tonu troszkę zeszedł.
-Nie woli pani do pokoju po trzech schodach niż po sześciu wchodzić?
-Wolę- odpowiedziałam -tylko , że na wyższą kondygnację to już po drabinie będziemy się dostawać , bo teraz trzeba więcej stopni zaplanować.
Konsternacja. Majster wziął ode mnie rysunek i udał się na naradę do reszty pracowników. Przez jakiś czas stali w kółeczku , dyskutowali przekazując sobie rysunek domu z ręki do ręki .
Po chwili pan majster najpokorniej jak tylko się dało zwrócił się do mnie.
-Popełniliśmy błąd, musimy to rozebrać- usłyszałam.
Cała ekipa przystąpiła do rozbierania muru. Przerywano demontaż w chwili gdy ktoś obok przechodził , no bo jak tu zwracać na siebie uwagę taką antyreklamą.
Ci ludzie nie mieli płacone za wadliwie postawiony mur. My straciliśmy na materiale, ale na szczęcie w miarę szybko błąd został naprawiony.
Od tej chwili wręczono mi rysunek do ręki i majster co chwilę do mnie podchodził pytając czy wszystko dobrze idzie.
W sumie to miałam pojęcie o budownictwie takie ,co piekarz o medycynie ,ale obserwowałam czy wymiary na rysunku zgadzają się z rzeczywistością.
Panowie wyciągnęli błędnie postawione mury parteru , posprzątali elegancko i odmówili dalszej pracy.
Uczciwie przyznali ,że jest to zbyt skomplikowany rysunek by dalej prace kontynuować. Nie chcą już popełniać błędów.
Podziękowali i poszli. Zabrakło im wyobraźni przestrzennej, wyobraźni, którą nabywa się w szkole na lekcjach geometrii.
Zatem nie tylko inżynier , projektant budowli ,naukowiec czy nauczyciel przedmiotów ścisłych musi znać matematykę. Jak widać przydaje się ona również prostemu rzemieślnikowi.
Po takim wstępie łatwiej mi było przejść do lekcji , na których omawiałam bryły i zależności w nich zachodzące.
4 stycznia minęły trzy lata od momentu założenia bloga.
Zastanawiam się co przyniósł kolejny miniony rok. Chyba nie było jakichś ekstremalnych zdarzeń ani w rodzinie ,ani tu wśród blogowych przyjaciół , pomijając traumę u Tirenki. Co przyniesie następny?
Wiem ,że czekają nas trudności. Jak je pokonać ,nie wiem. Małżonek mówi ,żeby zawczasu nie martwić się, ale ja sądzę ,że tylko przypadek może nam pomóc.
Z dobrych rzeczy ,które nas mają czekać , to pojawienie się kolejnego członka naszej rodziny na tym Świecie. Będzie to dziewczynka i wiem ,że będzie dużo pracy i poświęceń, ale jak będzie zdrowa to podołamy wspólnymi siłami z najgorszego odchować.
Czuje sama mój pesymizm w tym wpisie ,ale nijak nie potrafię pozbyć się wizji przyszłości.
Sylwestra spędziliśmy w górach w gronie przyjaciół. Pozbawieni tam byliśmy internetu , stąd nie składałam życzeń noworocznych.
Czynię to teraz. Wszelkiej pomyślności i dużo zdrowia wszystkim czytającym moje wypociny.
I jeszcze jedno. Jeżeli ktoś ma ochotę ,za darmo, obejrzeć wszystkie odcinki „Brzyduli" , to odsyłam pod adres www.sblogi.pl
Tam należy nacisnąć na zdjęcie Uli i następnie na serię I , a później serię II .Wszystkie do odtworzenia. Miłego oglądania. Te pierwsze są szczególnie przyciągające widza.
Buszując po internecie natrafiłam na stronę klasy, której byłam dawno temu wychowawczynią. Piętnaście lat temu zdali maturę . Spotykają się teraz ,wspominają czasy szkolne , opowiadają o ukończonych uczelniach ,podjętych pracach i o założonych rodzinach. Z przyjemnością dowiaduję się jak wielu z nich pokończyło wyższe uczelnie. Jest i doktor astronomii. Są inżynierowie ,którzy na egzaminach wstępnych i w czasie studiów musieli wykazać się znaczną wiedzą z matematyki. Mam nadzieję ,że moja praca też przyczyniła się do ich sukcesu. Może to zadania „świąteczne" , których kiedyś nie tolerowali , otworzyły im drogę do dalszej nauki.
„Na spotkaniach wspominamy zadania świąteczne , z gwiazdką , serwowane przez Panią magister Urszulę P. „ - piszą moi byli uczniowie.
Z okazji zbliżających się Świąt wszystkim czytającym mojego bloga zadań z gwiazdką serwować już nie będę . Przeciwnie , będę życzyła odpoczynku , relaksu i spokoju.
Powspominam wypady do lasu.
Oczywiście ,że chodzi mi na razie o te wypady z koszami ,nożami i odpowiednim ekwipunkiem.
Odpowiedni ekwipunek to wózeczek dla dziecka ,jadło ,picie , pieluchy i nie wiem co tam jeszcze było.
Od chwili ustalenia płodnego w grzyby kawałka lasu , wyprawy nasze były kierowane w konkretny punkt docelowy.
Tu zrozumieją mnie te osoby ,które tak bardzo lubią grzybobranie , jak ja z małżonkiem.
Co dwa lub trzy dni zjawialiśmy się na miejscu. Małżonek i ja pracowaliśmy po południu ,zatem od samego rana , na zasadzie opisanej w poprzednim wpisie , docieraliśmy na miejsce.
To zajęcie radowało mnie ogromnie i nie potrafiłam odmówić sobie przyjemności pochwalenia się osiągnięciami w gronie koleżeńskim.
-Ulka ,ale jak Ty tam z małym dzieckiem do lasu docierasz? - zapytała jedna z koleżanek.
Jak jej opowiedziałam , za głowę się złapała.(opisane w poprzedniej notce)
- Przecież my mamy samochód i chętnie Was zawsze podwieziemy na miejsce , a i sami z przyjemnością po lesie pochodzimy.
Umowa stała. Na drugi dzień wsiada nasza trójka, koleżanka i jej mąż.
Jedziemy na miejsce i to nie byle czym tylko dużym Fiatem.
Kto zna tamte czasy ,ten wie ,że duży Fiat mógł posiadać nie byle kto.
Wiem gdzie magiczny kwadrat ma granice i tylko tam urzędujemy z mężem. Znajomi najpierw za rowem i jakoś plony nie dopisują ,ale bacznie obserwują nasze poczynania i już znają naszą tajemnice.
Ostatecznie mamy grzybów więcej ,ale co się dziwić ,kiedy my nie błądziliśmy ,nie szukaliśmy tam gdzie ich nie ma.
Zajęcia domowe tak jakoś nam się ułożyły , że kolejny raz możemy jechać za tydzień. Zapraszam więc koleżankę na wspólne grzybobranie ,ale tym razem odmawia mi kategorycznie , bo jutro mąż ma w pracy kontrole.
-No tak - pomyślałam - stanowisko dyrektorskie nie zawsze pozwoli się urwać. Trudno pojedziemy sami. Tej przyjemności nie odpuszczę.
Na drugi dzień ,skoro świt zabieramy dwa wiadra, dziecko itd...
Grzybów było w brud .Najbardziej uciążliwy był fakt ,że były bardzo małe. Cięło się i do wiadra dokładało , a tu tak słabo przybywało.Za to jak pięknie wyglądały.
Nareszcie magiczny kwadrat wyczyszczony, w wiadrach pełno i zbliża się czas umówionego pojazdu. Usiedliśmy zatem za rowem , obok nas urocza zdobycz . Pogoda cudowna i las dookoła. Sama przyjemność i zdrowie.
W tym czasie podjeżdża na miejsce dobrze znany nam duży Fiat , a w nim koleżanka z mężem.
Gdy wysiedli zobaczyli nas i zrozumieli ,że ich wyprawa w to miejsce , tego dnia , nie miała sensu .Po przywitaniu koleżanka coś nam tłumaczyła , ale nie przywiązywałam wagi do jej słów.
Oni pojechali dalej ,a my za chwilę wsiadaliśmy do umówionego środka lokomocji.
Więcej już nie poruszałam tematu wspólnego wyjazdu.
Z biegiem czasu małżonek penetrował okolice i znalazł kolejne miejsca warte zainteresowania. Troszkę oddalone ,ale służyły nam przez długie lata. Dzieci były już duże i udzielił im się bakcyl grzybowy. Cztery wiadra zawsze wracały do domu wypełnione. A ile radości przy tym było. Tylko jakoś na pytanie gdzie jeździmy , w które miejsce, zawsze odpowiadaliśmy wymijająco.
Pewnego razu moja koleżanka stwierdziła:
-Wiesz Ulka, to był magiczny, cudowny, kwadrat. Przez lata tam jeździliśmy i zawsze coś się przywiozło. Teraz te grzybki już znikły , a szkoda.
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 516825
coś co minęło , ale i na bieżąco też troszkę
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: