Bardzo ,bardzo dawno temu moja Babcia opowiadała mi jakie wrażenie zrobiła na niej lalka. Dostała niecodzienny prezent , przywieziony prosto z Paryża za niebagatelną cenę. Owe cudo oprócz tego ,że podobno było ładne , to jeszcze „ mama „ mówiło. Ciekawość mojej babci była tak olbrzymia by wyjaśnić co w lalce mówi , że postanowiła w brutalny sposób ją rozszyfrować. Wyszła do innego pokoju i lalką kilka razy , z całej siły , w drzwi uderzyła. Kiedy już zobaczyła zasobność wnętrza lali zrozumiała ,że straciła wspaniałą zabawkę. Teraz głośny płacz i rozpacz. Na szczęście niecodzienny tata (mój pradziadek) obiecał podobną dostarczyć.
Moi rodzice to dzieci wojny. Oni nie mieli okazji przyglądać się rozwojowi techniki. Nie zdawali sobie sprawy ,że ogłoszona pierwszego września WOJNA i przerwana nauka ,niosła za sobą olbrzymie tragedie. Kiedy nastąpił pierwszy dzień wolności , dzieciństwo minęło bezpowrotnie , pozostawiając dramatyczne wspomnienia. Ale zanim nastąpił ten dramat dzieci w szkole uczyły się ,że postęp życia codziennego jest dostrzegany. Dowodem niech będzie piosenka , którą przed wojną śpiewała moja mama:
Pradziadek z babcią jedzie ,karetą czwórką koni,
Pocztylion tuż na przedzie , trąbka echem dzwoni ..........
A Tatuś i mamusia ,gdy jeszcze byli mali ,
Po szynach ,po żelaznych koleją jechali..........
Gdy duzi urośniemy , kto będzie miał ochotę,
Poleci prosto w słońce ślicznym samolotem.........
Nastała wolność , życie powracało do normy .Rodziły się dzieci , a wśród nich na świat przyszłam ja. Ludzie długo jeszcze wspominali czasy wojny. Trudno było podnieść się ze zgliszcz i pożogi. Dużo wody upłynęło zanim wszystko powróciło do normy.
Dzieciństwo najczęściej jest najpiękniejszą częścią życia i moje też takie było. Gry ,zabawy z dziećmi , jazda na rowerze . Tylko ,że rower nie przypominał dzisiejszych rowerków dla najmłodszych. To rower dla dorosłych i na dodatek męski ( z ramą).Trzeba było z siebie zrobić literę S by móc na nim pedałować. Co to była za radość gdy udało nam się na takim pojeździć. Czasu na naukę jazdy nie było bo inne dziecko już czekało w kolejce. Determinacja nauczyła jeździć od zaraz. Pyski dzieciaków same się śmiały , bo to nie lada wyczyn być maluchem ,że ledwo rower się utrzymało i jeszcze w nietypowej pozycji pędziło się przed siebie.
A ja przecież miałam o postępie techniki pisać. No to do rzeczy.
Było coś z czego korzystałam i to z dużą przyjemnością. Siadałam przy radiu mrugającym zielonym okiem i słuchałam audycji dla dzieci. Bajki , opowiadania ,nauka piosenek. Wiedziałam kiedy i o której godzinie należy w skupieniu przy stoliku , na którym stało mówiące pudełko , usiąść .Było to bardzo przyjemne zajęcie , ale chyba raz czy dwa razy w tygodniu i to może przez pół godziny.
Dopiero gdy szkoła podstawowa miała się ku końcowi , dowiaduję się ,że mamy koleżanka z Zawiercia ma w domu lodówkę i odkurzacz.
-Na jakiej zasadzie działa odkurzacz?-pytałam Panią ,która akurat u nas gościła
-Wciąga kurz do siebie-usłyszałam odpowiedź.
Długo medytowałam jak to może wyglądać , bo wydawało mi się ,że jeśli tak , to powciąga wszystko co wokół się mieści: talerze , ubrania, książki i inne rzeczy.
A lodówka ? Tego już nie mogłam sobie wyobrazić.
Nic więc dziwnego ,że bez wahania skorzystałam z zaproszenia na wakacje (jako rewizytę) do przedwojennej koleżanki mamy.
Ciekawość była zaspokojona , a ja odkurzałam wszystkie pomieszczenia po kilka razy.
Teraz czas na telewizor. Takie cudo kupowały zakłady pracy do swoich świetlic i tam zbierali się ludzie by ruchomy ekran oglądać. Miało to swój urok. No bo Syrenka pojawiała się na monitorze i towarzyszący jej sygnał trwał przez pół godziny. Nie raz dodatkowo plansza :Łączymy się z Katowicami. W tym czasie nie było co siedzieć w świetlicy. Prawie wszyscy wychodzili na zewnątrz. Starsi prowadzili dysputy , dzieciaki wokół domu biegali , a młodzież kokieteryjnie na siebie spoglądała i nieśmiałe rozmowy w grupkach prowadziła. Nagle ktoś krzyknął : zaczęło się i wszyscy tłumnie do sali wchodzili i swoje miejsca zajmowali. Teraz piętnastominutowy wywiad i historia powtarzała się.
Mały ekran, czarno-biały , niewyraźny obraz i na dodatek ciągłe oczekiwania na kolejny kawałek akcji –nie zawsze ciekawej. A jednak była to rewelacja . I te spotkania towarzyskie , co niby służyły do oglądania programu telewizyjnego , a tak w rzeczywistości były przyjemnie spędzonym czasem w gronie wielu znajomych.
W sklepach pojawiały się telewizyjne odbiorniki , ale niewielu było na takie coś stać.
Pewnego razu(byłam w klasie siódmej szkoły podstawowej) mama podjęła decyzję. Kupujemy telewizor.
Na raty oczywiście i za bajońską cenę , ale kupujemy. Tato był przeciwny , ale nie był dyktatorem i mama bez obaw mogła spełnić nasze marzenie. Po zakup poszła w towarzystwie dwóch żyrantów. Tato przy transakcji udziału nie brał ,ale jak tylko skrzynka znalazła się w domu uruchomił wszystkie siły by jak najszybciej zadziałała. Przecież potrzebna była antena , a w sklepie z telewizorami jej nie było. Ruszył wszelkie znajomości i za chwilę przyczepioną do kija od szczotki jeździł po całym mieszkaniu. Chóralny okrzyk radości w niecodziennym wykonaniu gdy tylko na ekranie zaczęło coś migać. Wiele jeszcze dni minęło zanim mogliśmy spokojnie zasiąść przed telewizorem. Tylko , że program zaczynał się od 17-tej a kończył (chyba) o 22-ej.
Ponieważ nasz telewizor był jedyny w okolicy , toteż w tych godzinach , w przedpokoju rządkiem stało dużo butów ,jeden obok drugiego. To dzieciaki , z którymi dotychczas bawiłam się na podwórku, teraz pilnie śledziły programy nie tylko dla nich. Przy telewizorze , na ścianie , w ramce wpinany był co tydzień program telewizyjny. Nie zajmował on dużo miejsca , bo i ilość przekazów była niewielka.
Dalej wszyscy już się domyślamy. Czas nadawania wydłużał się , a i przystawka zamontowana do dotychczasowego odbiornika pozwoliła na oglądanie drugiego programu.
Teraz rozwój techniki nabierał tempa. Najpierw pralka Frania ,która targała wszystko co się dało , a po latach (miałam już jedno dziecko) pralka automatyczna. Nie będę już się rozpisywać nad samochodami ,które powoli wkraczały do naszych obejść , wideo-które na początku miało wartość niebiańską, antena satelitarna , telewizja o zupełnie innym obliczu , aparat cyfrowy, komórka no i mój kochany komputer.
Miałam przyjemność być świadkiem olbrzymiego postępu technicznego i jak widać pędzi on dalej ,byle we właściwym kierunku.
Rozpoczęłam od Babci, wspomniałam Rodziców i ja jako naoczny świadek, przekaz obszerny dałam.
Teraz nie potrafię już nadążyć za tym wszystkim.
To córka przed laty nauczyła mnie pierwszego kliknięcia myszką i pokazała jak obsługuje się telefon komórkowy.
Z dumą patrzyłam jak moje dzieci wybierały się za granicę i przez internet zamawiały w języku niemieckim nocleg w jakimś młodzieżowym hotelu w Wiedniu. Informowały się jak tam dojechać i o której godzinie. Czułam wtedy jaka „mała „jestem i jaka niedołężna w tych sprawach. Uczyłam się przez tyle lat języka rosyjskiego. Czy się mi przydał? Może tak , bo z podręcznika wydanego w tym języku studiowałam najważniejszy przedmiot na moim kierunku: analizę matematyczną.
Jeszcze raz miałam okazję sprawdzić swoje umiejętności ,kiedy po skończeniu studiów znalazłam się w Gross Rozen i tam grupa rosyjskich żołnierzy nawiązała z nami kontakt. Poza tym nie było okazji. Dzisiaj moje dzieci często korzystają ze znajomości języka niemieckiego i angielskiego.
Panta rei.Byle we właściwym kierunku.Jak zwykle sięgam wstecz pamięciom. Początki nowej telefonii. Jeszcze takiej nie miałam okazji oglądać z bliska i wcale mnie nie interesowała. Bo i po co?
Pewnego razu dzwonię gdzieś daleko w bardzo ważnej sprawie. Proszę do telefonu pewnego pana i słyszę informację od pani odbierającej telefon ,że ów pan jest na komórce . Podała nr telefonu.
-Na komórce ?-pomyślałam-przecież się mówi w komórce , a poza tym co mnie obchodzi czy on ma ten telefon w komórce czy w domu.
Zadzwoniłam. Spokojnie rozmawiałam piętnaście minut. Koszt minuty wynosił około 3 zł , o czym się przekonałam później. Dawniej 3 zł też miało inną wartość niż dzisiaj.
Od tego czasu , kiedy otrzymałam rachunek ,dobrze utrwaliłam terminy: telefonia komórkowa, komórka , być na komórce.
Jakoś to dobrodziejstwo nie od najlepszej strony mi się zaprezentowało.
Po jakimś czasie telefon komórkowy kupiła sobie moja córka. Oj , ględziłam przy tym mocno , niczym moja teściowa przed laty. Pamiętałam jego działanie na portmonetkę ,ale nic nie zniechęciło dziecięcia do tej nowości techniki .Przyszły mój zięć zaopatrzył się w podobne cudo i teraz non stop z olbrzymim zaangażowaniem zgłębiali tajemnice obsługi tego cudeńka. A mnie dalej nie ciągnęło do tego w ogóle-bo i po co?
Aż przyszedł dzień , w którym poinformowali mnie ,że muszę poznać zasady obsługi. Przede wszystkim muszę nauczyć się pisać i wysyłać meile..
Moje dziecko wraz ze swoją miłością wybierało się w podróż za ocean na całe dwa miesiące i tym sposobem mogłam z nimi utrzymywać kontakt podczas pobytu nad jeziorem.Ja miałam pisać meile na komputer tam obecny , a oni przesyłać wiadomości do mnie. Odbierać toto też musiałam się nauczyć.
Ależ to była stresująca nauka.Za dużo do zapamiętania. Córka wyraźnie sygnalizowała ,że nie należę do najbardziej pojętnych. Wprawdzie głośno nie powiedziała ,że jestem c.k.m. (ciężko kapujący mózg) , ale najwyraźniej dało się to odczuć. Zdecydowałam ,że wszystko muszę dokładnie zanotować. Pół notesika zapisałam , a później sumiennie ćwiczyłam. Przecież na kontakcie z dziećmi bardzo mi zależało.
Trud został wynagrodzony. Niesamowite uczucie gdy odebrałam pierwszą wiadomość z Toronto , a jeszcze większe gdy sama spłodziłam pierwsze zdanie i wysłałam..
Innymi słowy nie jestem stworzona do samochodu. Taką opinię słyszę w kółeczko , jeżeli chodzi o moje miejsce za kierownicą.
Podobno z tym trzeba się urodzić , trzeba to czuć , trzeba mieć coś w sobie by za kierownicą siedzieć pewnie .Ja ponoć nie mam tego daru.
Są wyjątkowe dni , kiedy moje umiejętności trudno przecenić. To zbliżające się wesela, święta i inne wypady zakrapiane. Wówczas głośno potwierdzam , że nie jestem obdarzona talentem kierowcy, ale wówczas słyszę zaprzeczenie ,że nikt tylko ja.
Wiem –droga powrotna. I znów ani kieliszka do ust.
Przypominam sobie jak pewnego dnia wracaliśmy do domu samochodem. Ja za kierownicą. Jak zawsze słyszę ,że jak dziura to na pewno w nią wjadę , że lusterka w samochodzie to dla mnie nie są potrzebne , że ....jeszcze milion innych rzeczy. Dowiedziałam się ,że jadę jak wytresowane zwierzątko , a nawet zatankować samochodu nie umiem.
Zbliżamy się do stacji benzynowej. Do domu jeszcze ze 20 km. Małżonek zdecydował ,że tu odbędę praktykę i sama zatankuję samochód. (Przyznam się po cichu ,że jak muszę to obecnie robić , to pytam kogoś jakie paliwo mam lać). Tylko ,że zajście miało kilka ładnych lat wstecz i wówczas jeszcze po takiej stacji kręcił się nie raz jakiś pracownik.
Podjechałam. Ujrzałam gościa w odpowiednim uniformie, odkręciłam szybę ,wyjęłam kluczyki ze stacyjki i poprosiłam o zatankowanie do pełna. Można było to zrobić samemu , ale tak sobie poradziłam.
Pan bardzo uprzejmy zatankował do pełna , oddał kluczyki ,skasował należność. Na zakończenie uśmiechnął się do mnie i powiedział: ”Szerokiej drogi pani magister”.
Spojrzałam mu prosto w twarz. Ujrzałam znane rysy. To już tyle lat minęło. Troszkę zmieniliśmy się –pomyślałam.
On widocznie nie zapomniał swojego belfra.
Podziękowałam kwitując wszystko uśmiechem.Zakręciłam okno. Włączyłam jedynkę i do przodu.
- Widzisz –powiedziałam-doskonale daję sobie radę z tankowaniem samochodu. Nie jest tak źle ze mną.
Tylko jedna rzecz mnie zastanawia. Ja nie potrafię jeździć, to dlaczego w naszym portfelu jest tyle mandatów i to nie są wystawiane na mnie? A ile błagalnych rozmów z Panem Władzą. Ile razy oczekujemy na najdroższe zdjęcie w Polsce , choć nie liczę na to by na nim wyjść jak aktorka .Bez retuszu i bez pozowania.
Coś mi tu nie gra.
Syrenka u nas funkcjonowała już przez kilka lat. Pewnego razu małżonek do mnie mówi:
-Siadaj za kierownicę. Zobaczysz jaka to przyjemność prowadzić samochód.
Na początku stawiałam opór bo przecież nie mam prawa jazdy , a my na trasie przeznaczonej dla pojazdów. Wprawdzie kiedyś ruch był nie do porównania ,panów w białych czapkach na lekarstwo , a odcinek trasy poza terenem zabudowanym.Dałam się namówić. Najgorzej wychodziło mi naciskanie na pedały bez patrzenia na co naciskam. Patrzyłam pod nogi zanim odruchy wyćwiczyłam. Jechałam ładne kilka kilometrów. Teraz już wiedziałam co mam dalej robić.
-Idę zrobić sobie prawo jazdy-zakomunikowałam.
-O , co to , to nie. Samochodu na niszczenie to ja nie dostanę – zostałam poinformowana.
Niestety ,klamka zapadła. Na kurs się zapisałam. Dzieci już odchowane , a przyjemność kierowania empirycznie odczułam. Czas na naukę.Na pierwszym spotkaniu dostrzegłam , że jestem wśród osób młodszych i starszych , a przede wszystkim wśród nich są byli moi uczniowie.
O matko, ja zawsze taka wymagająca , a tu niech się „zbłaźnie”. To dopiero będzie.Spotkanie drugie i pan prowadzący odpytuje znaków drogowych. Nie przyszło mi na myśl ,że muszę się tego wszystkiego dokładnie nauczyć. Na szczęście kiedyś ,dawno temu,mój dziadek bardzo dokładnie wszystko mi wyjaśnił i znaczenie ich pamiętałam , ale jak ktoś zapytany odpowiedział ,że ten znak oznacza skrzyżowanie dróg , został prawie „poniżająco” obsztorcowany bo chodziło o skrzyżowanie dróg równorzędnych. Każda błędna odpowiedź była niemiło komentowana.Dobrze ,że na mnie to pytanie nie trafiło. Tak samo bym powiedziała , a takiej reprymendy mogłabym nie wytrzymać. Na szczęście mnie zadano pytanie , na które odpowiedziałam prawidłowo.
Wiedziałam ,że autorytet muszę utrzymać i twarz zachować przed byłymi moimi wychowankami.
Na następny raz pan odpytywał testów. Dotychczas obowiązywał jakiś zestaw , który przez lata funkcjonował. Po raz pierwszy miały ukazać się nowe , ale jakie nikt jeszcze nie wiedział.Po lekcji na kursie przychodziłam do domu i tam dopiero były ożywione dyskusje. Mój małżonek , samochodziarz z racji wykonywanego zawodu oraz z zamiłowania , przeżywał wszystkie nowości jeszcze bardziej niż ja.Pewnego razu wracam z zajęć ,wchodzę do domu i po minach dzieci widzę ,że jakaś niespodzianka mnie czeka. Nie potrafią ukryć zadowolenia , a i małżonek to samo ma wymalowane na twarzy.
-Co jest grane? -pytam
-Nic -z uśmiechem odpowiadają chóralnie .
Wchodzę do pokoju, zaświecam światło i widzę poprzyklejane do mebli olbrzymie plakaty ze znakami drogowymi. Te stare i te zupełnie nowe na dużych kolorowych planszach zdobiły cały pokój. Dzieciaki podskakiwały z radości, że mama będzie miała taką pomoc naukową , a my z małżonkiem zaczęliśmy nowości studiować z olbrzymim zapałem. W krótkim czasie nowe znaki drogowe były mi dobrze znane .Na zajęciach nawet jeszcze o takich nie mówiono.
Następne spotkanie na kursie. Na czołowym miejscu powieszone te same tablice, które ja już wcześniej w domu przeanalizowałam dokładnie. Pan prowadzący postanawia nas zapoznać z nowościami tylko wcale się do tego nie przygotował. Nowy znak przedstawiający miękkie pobocze jest tłumaczony jako miejsce obok jezdni gdzie można zaparkować samochód.
Mam cię. Dotychczas wyśmiewani byli wszyscy, którzy niedokładnie formułowali przepisy więc teraz zobaczymy jak to będzie wyglądało gdy prowadzący jest nieprzygotowany. Nie mogłam sobie odmówić przyjemności by przerwać wykład i zwrócić uwagę ,że ten znak zupełnie coś innego oznacza. Konsternacja. Pan prowadzący zbliża się do tablicy i czyta coś co jest pod znakiem napisane. Racja jest po mojej stronie. Przed nim teraz jeszcze kilka nowych , których znaczenie właśnie ma przekazać. Nie ma rady. Lekceważąca pewność skończyła się. Trzeba było przeczytać udając ,że się nie czyta i poinformować zebranych co oznaczają dotychczas nie stosowane oznaczenia.
Wiedziałam jedno , że nie będziemy już traktowani jak przygłupawe istoty.
To jednak nie był koniec kłopotów z takim uczniem jak ja. Na pewno nasz prowadzący przypomniał sobie nie raz powiedzenie „Obyś cudze dzieci uczył”
Wszyscy oczekiwali na nowe testy. Lada dzień mają się ukazać. Ukazały się i ja je miałam dużo prędzej niż pan instruktor.W domu żyje tymi przepisami cała rodzina. Dzieci za małe by rozumiały , ale starają się uczestniczyć w naszym zaangażowaniu.Pojazd nadsterowny , podsterowny , poduszki powietrzne na jezdni-zupełne nowości z którymi nawet mój Ślubny ma problemy. Książki idą w ruch , wyszukujemy mądrości tam zapisanych i mamy odpowiedzi. W pracy małżonek konsultuje dodatkowo z mądrymi głowami i na zajęcia idę przygotowana i to nie z przymusu , ale z przyjemności.
-Mam pytanie (diablica ze mnie) i odczytuje jedno z pytań , na które przypuszczalnie nie będzie prosto odpowiedzieć. Przypuszczenie się spełniło.
-Skąd pani takie pytania wytrzasnęła? –usłyszałam
-Z testów ,które nas czekają –odpowiedziałam.
Okalające mnie osoby natychmiast pokazały instruktorowi cały zestaw. Widziałam minę tego człowieka. Nie chciałabym być w jego skórze. Kolejne pytania też były nowością , a odpowiedź nie zawsze była znana.Atmosfera na kursie zrobiła się przyjacielska. Nikt nikomu już nie ubliżał z powodu jakichś niejasności.Nowe przepisy i pytania same cisną się na usta.
Wprowadzają możliwość parkowania na chodniku. Czy można parkować jeżeli na jezdni jest zakaz zatrzymywania? Czy można parkować na wysepkach gdy jest zakaz zatrzymywania. ? Dzisiaj już wszyscy znają odpowiedzi .Wówczas nie było to takie jasne. Problem, który dla nas w domu był niezrozumiały postanowiliśmy wyjaśnić dzwoniąc na policję.
Pan policjant(drogówka) daje odpowiedź-nie można.
To mnie nie zaspokoiło .Na drugi dzień małżonek do samego Poznania dzwoni i tam otrzymuje odpowiedź od odpowiednich autorytetów : można.
Przychodzę na zajęcia i stawiam ponownie to samo pytanie. Znów znęcam się psychicznie nad biednym prowadzącym. Musi przecież coś odpowiedzieć. Tak lub nie. Na pewno nie ma szczęścia. Mając tak duże prawdopodobieństwo udzielenia trafnej odpowiedzi strzela źle.
Za tydzień na zajęcia przychodzi trzymając w ręce czasopismo ”Motor”, identyczne leży na mojej ławce. Na pierwszej stronie wyjaśniają tam sprawę parkowania na chodniku w przypadku zakazu zatrzymywania na jezdni. Mądrzy ludzie z Poznania mieli rację. Można na chodniku parkować.
Jedno chyba mogę powiedzieć. Zajęcia nasze nie były nudne , wszyscy na nich byli zaangażowani i w trakcie dyskusji utrwalali wiedzę. Nie było to werbalne uczenie się.
No to jeszcze raz o Syrence.
Do domu Syrenka zajechała jak królowa. Czekał na nią świeżo wybudowany garaż , a w nim wiele prezentów specjalnie dla niej . Na początek została obdarowana trzema puszkami. W pierwszej była ciężko zdobyta minia okrętowa. Czy to prawda ,że okrętowa to śmiem wątpić , ale koszt jej i zabiegi o nią godne były tej farby. Druga puszka zawierała farbę kauczukową o jakimś siwo - szarym kolorze , a trzecia to już jakaś czarna „ mazia „chroniąca wszystko.
Pierwszy dzień to dzień prezentacji. Wszyscy znajomi ,rodzinna i inni przypadkowi goście byli Syrence przedstawiani i na koniec zasłużony odpoczynek w nowym, wygodnym lokum.Na drugi dzień po pracy weszłam do garażu i zaniemówiłam. Była Syrenka i nie ma Syrenki. Jest wrak. Nie ma kół ,powyciągane siedzenia ,drzwi i wszystko co się dało odkręcić. Mój małżonek uradowany dokręcał wszelkie śrubki bo przecież ci w fabryce zrobili to byle jak. Teraz nastąpiło malowanie podwozia. Najpierw kolor czerwony. Jak wyschnie to chlorokauczuk a na koniec smołowa czarna ,której nic nie powinno ruszyć.(Japonia to mały pikuś )
Ja nie mogłam doczekać się pierwszej jazdy i pędziłam do domu jak na skrzydłach , a tu słyszę ,że tydzień co najmniej to zajmie. Tak biernie to ja nie będę czekała-pomyślałam. W sklepach można było jeszcze co nieco dostać więc zaraz wybrałam najodpowiedniejszy materiał(grosza nie żałowałam) i przystąpiłam do szycia pokrowców. Tak dobrze to nie było by wejść do sklepu i kupić pokrowce do koloru , do wyboru
. Chyba dwa tygodnie mi nie starczyły by dokonać takiej niecodziennej sztuki krawieckiej. Tony arkuszy papieru, wzory ,szablony i do dzieła. Dumna byłam na koniec jak paw. Siedzenia zamieniły się w piękne fotele. Kawałka dermy (z której były uszyte) nie było widać. W tyle małe i duże kieszonki. Odbierałam masę pochwał nawet od własnego Ślubnego ,który na wszystko krytycznym okiem patrzył.
Nareszcie pierwsza przejażdżka. Cała czwórka zapakowała się do samochodu i na jazdę próbną startujemy. Śpiew sam na usta się cisnął: Jak zielone to jedziemy, jak czerwone to stoimy, jak zielone..........Kilometr trasy za nami , a tu pan władza lizak wyciąga.Ledwo drzwi się otwarły postanowiłam ze śmiechem na ustach powiadomić pana w białej czapce ,że to samochód nowy i kilometr mamy za sobą.
-Samochód nowy , a czy prawo jazdy też nowe? -zapytał pan władza.
-Nie ,prawo jazdy to już wiele lat ma- odpowiedziałam za męża.
-To proszę pokazać.
Zaczęło się poszukiwanie. Przecież było w specjalnie przygotowanym portfelu. Co się stało ,że nie ma .Po pięciu minutach przypomniałam sobie ,że poprzedniego dnia szliśmy głosować na towarzysza Gierka i potrzebny był dowód. Wyciągnęłam wszystkie dokumenty i teraz sobie na lodówce leżały.
Choć był to młody człowiek to w dojrzały sposób na nas popatrzył , uśmiechnął się i polecił by następny raz nie zapomnieć o tak ważnym dokumencie. Powróciliśmy szybko do domu i to był koniec jazdy próbnej.
Teraz zaczęło się obdarowywanie naszej kochanej Syrenki wszystkim co można jej było wręczyć.
Najpierw poszukiwanie odpowiedniego radia. Małżonek prowadził wywiad wśród znawców najlepszego sprzętu. Zapytano go w pracy ze śmiechem czy kupuje radio do samochodu czy samochód jest do radia. Niech ktoś to nazwie jak chce , ale było godne królowej.
Następny pomysł to odpowiednie zabezpieczenie by nikt nam nie porwał naszego "skarba”. Tu musiało to być tak przemyślane by najwytrawnieszy złodziej miał problem z uruchomieniem pojazdu. I był problem z uruchomieniem nie tylko przez złodzieja , ale nawet przez właściciela. Pierwszy dzień po instalacji , w ukrytym miejscu, przerywacza dostępu prądu małżonek do pracy jechał rowerem. Blokada zadziałała ,ale odblokować się nie chciała.Po poprawkach zabezpieczenie działało bezbłędnie.
Co jeszcze można było Syrence dać? O dużo jeszcze dostała. Między innymi była nagrzewnica zainstalowana tak by zimą pasażerowie tylnich siedzeń mieli cieplutko w nogi. No i głośniki z boku i w tyle , i jeszcze jakieś skrzyneczki, półeczki , najlepsze pasty i szampony i już nie pamiętam co jeszcze.
Po przejechaniu kilku kilometrów zaczynało się czyszczenie i głaskanie pojazdu. Codziennie małżonek wyjeżdżał po mnie do pracy i gdy byliśmy w domu on jeszcze piętnaście minut zostawał w garażu by wszelki kurz i pył z niej otrzepać.
Pewnego dnia szłam do pracy. Mąż musiał przejąć obowiązki domowe przy dzieciach. Wieczorem gdy już spały (babcia była w domu) wychodził po mnie lub wyjeżdżał. W drzwiach usłyszałam , że wyjedzie po mnie , ale jak będzie padał deszcz to weźmie parasol i wyjdzie. Oniemiałam. To ja mam po to samochód żeby w suchym miejscu stał , a ja mam moknąć. Tego nie wytrzymałam. Wszystko co się dało na ten temat powiedzieć –powiedziałam.
Wieczorem padało i małżonek po mnie wyjechał. Ja weszłam do domu , a Ślubny jeszcze przez ponad dwie godziny doprowadzał pojazd do poprzedniego wyglądu. Zmył błoto , przetarł do sucha , wywoskował i nie wiem czy pisać , ale prawda taka ,że błotniki zostały również osuszone.Następnego dnia szłam do pracy. Wychodząc odwróciłam się i powiedziałam: wyjedź po mnie , a jak będzie padało to weź parasol i wyjdź . No bo co znów chłopa wieczorem nie będę miała.
Syrenka jeździła bezawaryjnie , ale co się dziwić kiedy wszystko co trzeba było i nie trzeba było przed czasem było wymieniane , usprawniane , sprawdzane. Nie raz wieczorem ja przy dzieciach , a małżonek w garażu. Tego było za wiele.Wyciągnęłam papier kancelaryjny , na środku zatytułowałam :Do Sadu w............ i wyszrajbowałam pismo w sprawie rozwodu. Uzasadnienie: Mąż mnie zaniedbuje ,pieści Syrenkę ,wieczorami u niej siedzi. Zostawiłam na stole w kuchni i poszłam spać. Za chwilę budzi mnie z głębokiego snu rechot mojego Ślubnego. Zapomniałam o moim podaniu i rozbudzona zastanawiam się co się stało. Wbiegam do kuchni i widzę jak mój małżonek płacze ze śmiechu .
Syrenka służyła nam bezawaryjnie cały czas. Wiozła nas trzykrotnie pod NNF-oską granicę. Zwiedziła z nami całe wybrzeże , kilkakrotnie do roku woziła nas po górach .Nigdy nie żałowaliśmy ,że zdecydowaliśmy się na nią , a nie na Fiacika. Na dłuższych trasach , na przednim siedzeniu wygodnie spała starsza córka, w tyle w kąciku siedziałam ja , a młodsza spała wyprostowana z głową na moich kolanach.
Minęło dziesięć lat użytkowania tego pojazdu. Przyszedł czas na zmianę na coś lepszego. Bardzo przykro było się z nią rozstać.W domu zjawił się kupiec. Rozważał zakup naszej lub u kogoś innego bo tam gość bardzo o swój sprzęt dba. Nic nie odpowiedziałam. Jak miałam udowodnić ,że tak jak była pielęgnowana nasza Syrenka to wydaje mi się ,że nie tylko w naszym mieście , ale i w województwie trudno było taki przypadek spotkać.Pan zdecydował się na naszą. Przeszli z mężem do garażu i długo nabywca był instruowany co do dodatków stanowiących wyposażenie. Chyba to go przekonało ,że podjął właściwą decyzje.
Pamiętam jeszcze do dzisiaj ,że kupiliśmy ją za sto tysięcy złotych , a sprzedali za trzy miliony. To był interes.
wtorek, 16 marca 2010
Licznik odwiedzin: 538583
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
coś co minęło , ale i na bieżąco też troszkę
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: