Jak już pisałam , ziemie w górach nabyliśmy od kobiety ,która już na sam widok zdradzała uzależnienie od mocnego trunku.
Przez pierwsze dni naszego pobytu na nowej posiadłości G ukrywała swoje ciągotki i po głębszym kieliszku nie było jej w ogóle widać.
Niestety, na dłuższą metę nie udało się znikać z pola widzenia. Uzależnienie ,olbrzymie uzależnienie wygrywało z normalnym życiem. Kiedy była trzeźwa krzątała się wokół domu. Prała ,robiła zaprawy na zimę , gotowała ponoć bardzo smacznie , z troską odnosiła się do syna. Wszystko zmieniało się o 180 stopni ,jak tylko w zasięgu pojawił się alkohol. A pojawiał się bardzo często. To wszystkie pijaczyny z wioski jej dom obrali sobie za bezpieczną bazę do spożywania trunków. Po czasie zrozumiałam ,że napotkany przypadkowo tubylec prowadził nas z chęcią do niej , bo wiadomo było ,że po udanej transakcji cała wioska będzie kilka dni ucztowała. I tak właśnie było. Na dodatek jej małżonek rzadko kiedy trzeźwiał , a i awantury z biciem były ponoć na porządku dziennym. My tej libacji nie mieliśmy okazji oglądać , ale fakty nam przekazano.
Mieszkańcy wioski ochoczo nawiązywali z nami kontakt, chętnie służyli pomocą i dobrą radą , a taka była nam na początku bardzo potrzebna. Wypad po mleko do pani mleczarki i po wodę ( minuta od naszej działki) zamieniał się w godzinną nieobecność. Tam najczęściej już ktoś po mleko przyszedł i o czymś opowiadał , o coś zapytał , coś wspominał. Atmosfera rodzinna.
Tu gdzie obecnie mieszkam dwa domki dalej nie znam sąsiadów .Nie ma takiej możliwości bym zapukała , zagadała i czas przy kawie spędziła. Akurat taki sposób bycia mają tubylcy .Tam drzwi stały otworem przed każdym przybyszem i nieukrywaną radość z odwiedzin dało się zauważyć.
Ma to zarówno dobre jak i złe strony. Życzliwość jest mile widziana. Nie istniał problem nudy , bo wystarczyło po wodę zapukać i już na herbatkę proszono , a opowiadania sypały się z rękawa.
Minusem mógł być fakt ,że tym sposobem wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą , przekazują ,komentują. Nie mniej jednak życie w takiej wspólnocie wydaje mi się przyjemniejsze.
Tym właśnie sposobem opowiadano mi o G ,mojej bezpośredniej sąsiadce. Mieszkańcy ,którzy osiedlili się dawno temu w tej przeuroczej wiosce doskonale pamiętali jej przybycie .
A było to tak:
G urodziła się w Wielkopolsce , w ubogiej wiejskiej rodzinie. Jak mi osobiście opowiadała , nie była w domu dobrze traktowana. Wykonywała ciężkie prace często ponad jej siły. Niechętnie wracała wspomnieniami do czasów dzieciństwa i młodości. Było jej tam źle.
Nie mówiła natomiast jak znalazła się na odległym terenie od domu rodzinnego , ale doskonale jej drogę znali sąsiedzi.
Otóż będąc nastolatką zaczęła pracować w gospodarstwie czteroosobowej rodziny. Pan domu agronom ,jego żona ,syn i córka.
Niestety , w krótkim czasie mąż zapomniał o żonie ,dzieciach bez pamięci zakochując się w dużo młodszej pomocy domowej. Wszystko wskazuje na to ,że miłość została odwzajemniona i po pewnym czasie oboje znaleźli się daleko od domu zakładając nowe gniazdko. Były to lata siedemdziesiąte.
Chyba musze tu wtrącić swoje zdanie ,bo miłość to rzecz piękna ,ale nigdy nie zaakceptuję niczego kosztem cudzej krzywdy. Żona została bez męża , dzieci bez ojca.
Tymczasem w górach , w przepięknym miejscu , agronom nabył domek i do niego 8 hektarów ziemi porozrzucanych po okolicy.
Mieszkańcy wioski doskonale pamiętali jak G gospodarzyła wśród trzody chlewnej ,kur , krów i innych stworzeń ..Dom był zadbany i czyściutki. Jej partner był znany z porządku w obejściu. Codziennie robił obchód gospodarstwa , naprawiał płot , ulepszał co się dało , a z sąsiadami żył na najlepszej stopie.
G była uległa i posłuszna . Chętnie wykonywała swoje domowe obowiązki i wyglądała na zadowoloną. Nigdy nie piła żadnego alkoholu.
Nie wiem jak długo szczęście trwało , nie mniej pewnego dnia gospodarz wyszedł z domu , przewrócił się i nigdy już nie wstał. To zawał serca skutecznie skrócił jego sielankę.
G powiadomiła żonę i dzieci ,które natychmiast przybyły zabierając ojca do siebie. Na pogrzebie G nie była.
W krótkim czasie okazało się ,że całą swoją posiadłość właściciel przepisał na G. Rodzina nie próbowała dochodzić swoich praw. Dzieci zaakceptowały wolę ojca .G stała się wyłączną właścicielką domu ,ziemi ,gospodarstwa. Dobrze wyposażona panna z odzysku nie była brzydką kobietą , toteż zainteresowanych może samą G , a może jej posagiem było wielu. Rozpoczął się nowy etap w jej życiu zupełnie odmienny od dotychczasowego.
Dom G stał się otwarty dla często odwiedzających go absztyfikantów i znajomych ,a ci w darze przynosili mocniejsze trunki. Tak rozpoczęła się przygoda z alkoholem.
Góra z górą się nie zejdzie...
Przed laty spełniliśmy swoje marzenia. Kupiliśmy działkę w górach i nad jeziorem. Przez jakiś czas wydawało nam się ,że już żadne inne szalone pomysły nie opóźnią naszej wiecznej budowy domku. Mamy namiot o właściwym standardzie , pełne jego wyposażenie i już o odpoczynek urlopowy nie musimy się nigdy troszczyć.
Tymczasem w górach cudownie spędzało się czas ,ale noce były bardzo zimne.
Nad jeziorem trochę gorzej. Komary nie pozwoliły na naszą własną ,notarialnie potwierdzoną posiadłość wejść. Uznały teren za swój i to wyłącznie swój.
Może kiedyś jakieś domeczki się skleci -pomyślałam głośno.
- O nie-odpowiedział Ślubny-niczego już budować to ja nie będę. Całe życie buduje i szans na skończenie nie ma.
Możemy jedynie kupić sobie przyczepkę campingową. Ona by nam żywot uprzyjemniła. Nie drogą ,dwuosobową , przechodzoną tylko gdzie i jak to się robi?
- Nie wiem jak to się robi. Ludzie przywożą z zagranicy ,ale za ile i jak to się kupuje , nie wiem - odpowiedziałam.
- Zaraz się dowiemy -usłyszałam.
Często spacerowaliśmy po polu campingowym ,ale dopiero teraz inne spojrzenie skierowałam na domki na kółkach. Małe czy duże ,ale na pewno wygodniejsze od namiotu. Nie trzeba by było rozbijać ciężkiego szmaciaka , a ze zwijaniem to jeszcze gorzej. Problem zimnych nocy poszedłby w niepamięć , a przed złośliwymi komarami drzwi się zatrzaśnie. Dużo innych zalet ma ten wehikuł i tylko jedną wadę. Kosztuje i to nie wiem ile. Może jednak warto popytać.
Ślubny rozejrzał się dookoła , każdą niczym pannę na wydaniu wzrokiem zmierzył i zdecydował.
- Idę zaciągnąć języka u właścicieli tej tu przyczepki stojącej obok nas.
Ja usiadłam na leżaku nad jeziorem , a małżonek sprawę mini domku wziął w swoje ręce.
Dosyć długo go nie było ,ale po powrocie przystąpił do zdawania relacji.
-Zapukałem -mówi-zaproszono mnie do środka. Przedstawiłem cel odwiedzin , a tam wyjątkowo sympatyczne małżeństwo przed przystąpieniem do rozmowy , zaprasza mnie do stołu ,pyta jakim trunkiem się poczęstuje ,kawę czy herbatę pijam i z niecodzienną życzliwością wyczerpujące wskazówki dają. Mało tego , na wieczór jesteśmy oboje zaproszeni na grila.
Oczywiście ,że z zaproszenia skorzystałam i do końca już krótkiego pobytu czas wspólnie spędzaliśmy. Opowiadania przy ognisku o swoich rodzinach ,pracy ,planach .
Niestety , każdego wieczoru byliśmy gośćmi naszych nowych znajomych i ani razu nikt nie pokusił się na odwiedziny do nas. Dlaczego? Łatwo się domyślić. Mieliśmy stróżów lepszych niż najgroźniejszy pies , które i nam nie pozwalały do namiotu się zbliżyć.
Czas urlopu minął , pożegnaliśmy wakacyjnych znajomych , wróciła proza życia. Codzienne obowiązki wzmożone nadgodzinami , dodatkowymi zajęciami w domu i poza domem, u mnie i u męża , pozwoliły na wykrzesanie dodatkowego grosza ,by zakup przyczepki stał się realny.
I tu z pomocą przyszli nam znajomi już Holendrzy , z którymi spotykaliśmy się w górach. Pojechali z moim Ślubnym na tydzień do swojego kraju , tam mieli stały kontakt z panem rozprowadzającym campingi, utargowali połowę ceny i własnym pojazdem przyholowali do Polski. Radość moja nie miała granic. Pokryłam tylko koszty paliwa. W metryce przyczepka wiekowa ,ale wizualnie zadbana jakby tylko garażowana była. Mała , dwuosobowa plus dodatkowa ława przespać pozwoli się trzeciej osobie, mebelki piękne, lodówka ,ogrzewanie. Cudo.
Od tego czasu przyczepiona do naszego samochodu ,raz w góry ,raz nad jezioro była ciągnięta. Funkcjonowanie znacznie ulepszał namiot do niej przynależny. Dodatkowe pomieszczenie na część gospodarczą i nie tylko gospodarczą było bardzo przydatne.
Minęły cztery lata. Znów odpoczywamy nad jeziorem. Piękne słoneczne popołudnie, leniwie przeciągam się na leżaku ,przyglądam ludziom baraszkującym w wodzie , opalającym się na brzegu , bawiącym się dzieciom.
W pewnym momencie dostrzegam pewną panią ,która idzie do mnie śmiejąc się od ucha ,do ucha. Nie chce napisać co sobie pomyślałam , bo nijak z nikim nie potrafiłam jej skojarzyć.
Owa pani podchodzi do mnie ,kuca obok i pyta czy ją poznaję.
-Nie -odpowiadam.
-A ja panią poznałam zaraz. Przed chwilą przyjechaliśmy przyczepką. My załatwialiśmy sprawy związane z lokalizacją , a synowi kazałam pójść na brzeg zobaczyć czy państwo jesteście. Odnalazł was.
Teraz już wiedziałam z kim mam do czynienie . To nasi informatorzy przyczepkowi sprzed kilku lat.
Zaraz wspólnie przystąpiliśmy do żywiołowych rozmów. Oczywiście cały czas spędzaliśmy razem. W dzień nad jeziorem , a wieczorem?
Teraz już mogliśmy do siebie znajomych zaprosić. Teren został ogrodzony. Wykupione kolejne działki. Wszędzie trawka krótko przycięta. Założona woda i kibelek.A komary?
One miały już tylko wyznaczoną godzinę ataku. Wiadomo było ,że około 18 należało przez godzinę przyjąć pozycję obronną. Liczebność ich znacznie zmalała. Wystarczyły świece dymne i off. Można było również w tym czasie spacerek nad jeziorem lub na lody zaplanować. W każdym razie sytuacja była opanowana.
Mam nagrany na kamerze chwile , w której po raz pierwszy gościmy naszych znajomych z dorosłymi już dziećmi. Jest moment przedstawiania dzieci i mówienie sobie jeszcze przez pan ,pani .
Koniec pobytu i zapraszamy na naszą działkę w górach ,bo tam zaplanowaliśmy dalszy ciąg wakacji.
Najpierw my ,a za kilka dni nasi znajomi przyciągają ruchomy domek w malowniczą okolicę. Kazik niestety, musi wracać do pracy , ale Ewa może zostać z nami ile chce. Podoba jej się teren bardzo i na dodatek do domu rodzinnego mają znacznie bliżej niż my. Kazik przyjeżdża w każdej wolnej chwili. Są zachwyceni. Marzą o kupnie kawałka ziemi koło nas. Proszą , błagają by pani G ,która odstąpiła nam swoją posiadłość zrezygnowała z ogrodu i tak nie uprawianego .Po bardzo długich negocjacjach kobieta ulega namowom. Jest alkoholiczką ,ale jest bardzo życzliwa . Daje się przekonać. Znajomi wchodzą w posiadanie pięknego kawałka ziemi położonego wzdłuż kryształowego strumienia , zasobnego w pstrągi , za jedyne 1000zł.Wiadomo ,że i tak wszystko pójdzie na alkohol ,zatem im taniej tym lepiej dla wszystkich. Pani G cieszy się z nowych sąsiadów. Ona bardzo potrzebowała przyjaznej duszy , a ci nowi na życzliwych i sympatycznych wyglądali.
Dzisiaj minęło chyba ponad dziesięć lat od tamtego zdarzenia.
Wszyscy w wiosce cieszyli się i do dzisiaj cieszą ,gdy Kaziu na swoją działkę przyjeżdża. Teraz wespół z innymi przybyszami stanowimy zgraną pakę. Najpierw skrzykujemy się przez telefon , a później ognisko ,kiełbaski ,niekończace się opowiadania. Tylko ja muszę zbrojnie wkraczać gdy trunkowanie zaczyna się zbyt długo przeciągać.Za kołnierz Ślubnego ,reprymenda i na swój teren powrót .
Dzieciństwo , to najpiękniejszy okres mojego życia. Dopiero dzisiaj , z perspektywy czasu mogę ocenić tamte chwile. Wychowywana u Babci i Dziadka , obdarzona miłością, znajdująca się w centrum ich uwagi , nie miałam żadnych wątpliwości ,że jestem najważniejszą istotą na świecie.
W tamtych czasach nie było takich zabawek jak teraz , ale Dziadek mający szczególne zdolności manualne , wykonywał przeróżne cudeńka , jakich inne dzieci nie widziały. Miałam mebelki zrobione na wzór naszych domowych. Miałam samochód na pedały , drezynę identyczną jak ta co po torach jeździła , latawce i wiele innych niecodziennych zabawek.
Jednak nie tak zabawki jak zabawy z dziećmi na podwórku pozostały w pamięci do dzisiaj.
Dziadek z rodzicami innych dzieci zrobił na sąsiednim podwórku dwie duże huśtawki ( po 4 osoby na jednej mogły się huśtać równocześnie) ,później na moim podwórku stanęła podobna ,na której nawet moja mama bardzo lubiła wznosić się pod niebo.
Kilku , nieraz kilkunastu osobowa grupka dzieci w krzykach ,śmiechu ,opowiadaniach całe dnie spędzała na dworze.
Zabawy w chowanego ,palanta , podchody , a przede wszystkim piłka , piłka i piłka. Tu dominowały dwa ognie.
Podskakiwałam nad piłką , ziemie ryłam wciskając się pod piłką , wygięcia i szpagaty , wszystko po to by nie pozwolić by gumowa kula obiła się o mój korpus.
Z biegiem czasu ja z kolegą doszliśmy do takiej wprawy ,że trudno było nas „stłuc".
Każdy bezdeszczowy dzień ,gdy tylko pierwszy podwórkowicz pojawił się na placu zabaw , reszta jak pieski z budy , pospiesznie do niego dołączała .Do późnych godzin ,aż Babcia mnie zawołała do domu, radości nie było końca.
Pamiętam jak podchodziłam pod okno prosząc bym jeszcze 15 minut mogła się pobawić. Zawsze wyżebrałam dodatkowy czas , ale mijał on tak szybko i padnięta , ale szczęśliwa wracałam do domu.
Pewnego razu w czasie naszej zabawy ,na podwórku pojawił się starszy chłopak z naszego budynku ,ale innej klatki schodowej. Ja początkowa klasa szkoły podstawowej , a on klasa siódma. Wszedł między dzieciarnie gotowy do gry w piłkę , przyjął pozycję władcy i wydał pierwsze rozkazy. Podzielił nas szybkim ruchem ręki na dwie grupy. Jedna , to ci starsi , którzy będą grać , a druga maluchy ,którym machnięciem nakazał opuścić boisko.
-Urszula, Kryśka ,Mirek , Maniek ,Bożena , już was tu nie ma-usłyszeliśmy.
Co było robić? Najpierw pokornie na boku stanęliśmy , a później nasza gromadka przeniosła się na podwórko do mnie.
Następny dzień ,widzimy na horyzoncie nieżyczliwego nam kolegę Z. Sytuacja powtórzyła się , tylko starszaki ,którzy zawsze z nami też się bawiły jakimś skrzywieniem twarzy zareagowali na decyzję wszechwładnego .
Z popatrzył na nas, grupkę wybrańców skupił koło siebie i w sekrecie coś im zaczął mówić do ucha.
Domyśliłam się natychmiast , co zostało potwierdzone po rozpoczęciu gry w dwa ognie. Cel był taki: pozbyć się maluchów na uczciwej zasadzie. Każdemu piłką przyłożyć i legalnie opuszczą boisko .Nie będą mogli poskarżyć się w domu , bo takie są zasady gry , a starszaki osiągną swój cel. Tylko dla nich będzie zabawa.
Rozpoczęła się zacięta walka, dla nas być albo nie być. Mieliśmy za sobą długie godziny treningów i sprawność nasza była na odpowiednim poziomie ,ale tego dnia ,niczym występ w mistrzostwach świata daliśmy z siebie wszystko.
Starszaki poodpadali w błyskawicznym tempie , tryumfalnie odnieśliśmy zwycięstwo. Plany Z legły w gruzach. Byliśmy dumni z siebie.
Trening czyni mistrza, a my trenowaliśmy z coraz lepszymi efektami.
Pamiętam jak w klasie trzeciej szkoły podstawowej nasz wychowawca, młody nauczyciel na lekcji w-f ogłosił : dzisiaj gramy w dwa ognie.
-To coś dla mnie -pomyślałam.
I dobrze pomyślałam.Za chwile na boisku znalazłam się tylko ja , nasz nauczyciel i dosyć sprawny kolega , który wespół z panem bezskutecznie celowali w moją postać.
Cała klasa dopingowała, pan S był rozbawiony jak dzieciak trafiając we mnie jak w tarczę .Niestety tarcza była bardzo ruchoma i giętka. Długo to trwało zanim usatysfakcjonowany nareszcie trafił. Od tego dnia do końca roku wszystkie lekcje w-f to była gra w dwa ognie .
-Ula na matkę.
Kto wie o co chodzi , to wie ,że ta musi być najlepsza. Wiele osób w klasie wciągnęło się ambitnie w te podskakiwania i unikania piłki. Dla mnie były to bardzo przyjemne lekcje.
Minęły lata. Skończyłam studia. Podjęłam pracę w szkole średniej w pobliskiej większej miejscowości. Tymczasem nie wiem skąd , dyrektor miejscowej szkoły średniej dowiedział się o moim istnieniu i przez telefon zaproponował kilka godzin w szkole wieczorowej. Propozycję przyjęłam z przyjemnością. Byłam wówczas panną , żadnych obowiązków, zatem i pieniądz i nowa praca bardzo mi odpowiadały.
Pierwsza lekcja w jednej z klas. Czytam listę obecności. Pod koniec znane mi nazwisko. Przyglądam się osobie i z uśmiechem na ustach dostrzegam kolegę Z z podwórka.
- W czasie przerwy podeszłam , przywitałam się ponownie ,porozmawialiśmy o rodzinach i o tym co się przez te lata z nami działo. Zupełnie fajny gość.
Nie odmówiłam sobie przyjemności i zapytałam czy pamięta jak maluchów z boiska powyganiał. Śmialiśmy się z tego obydwoje.
Czym skorupka za młodu nasiąknie...
Było majowe ,słoneczne popołudnie. Skrzydła okna otwarte na całą szerokość, przed moimi oczami jak co dzień cudowny pejzaż gór , a ja snułam się po mieszkaniu znudzona jak mops . Nie było co ze sobą zrobić. Podwórko naszych zabaw , kiedyś tętniące wrzawą zmieniało swój charakter. Wprawdzie byłam w siódmej klasie szkoły podstawowej i jeszcze można było radośnie się bawić , ale część naszych „podwórkowiczów" rozpoczęła naukę w szkole średniej , co wiązało się z dojazdami do większej miejscowości , inna część zwyczajnie przestała meldować się na placu zabaw.
Tak czy inaczej ,tego dnia wokół mnie wiało nudą. Paskudne uczucie.
W pewnej chwili olbrzymi gwar młodych ludzi przerwał nostalgię. Wyjrzałam przez okno. Bardzo liczna grupa harcerzy ubranych w mundurki z przewiązanymi chustami swojego szczepu skupiała się wokół pani prowadzącej tę drużynę. Wśród zgromadzonych były mniej lub bardziej znajome mi twarze. To byli moi rówieśnicy z przyległej do naszego małego miasteczka wioski . Najbardziej rozpoznawalny dla mnie był Bronek. To kolega z mojej klasy. Przybył do nas pod koniec szkoły podstawowej. Nieskromnie powiem ,że miałam wówczas wyrobioną pozycję jeżeli chodzi o matematykę , ale szybko dostrzegłam , że wcale gorszy ode mnie on nie jest. Mało tego , ze wszystkich przedmiotów do lekcji był zawsze starannie przygotowany.
Teraz cała grupa w śmiechach i wrzawie kręciła się wokół jego mamy, bo to właśnie jego mama zorganizowała w wiosce bardzo aktywnie działającą drużynę harcerską. Znane były w okolicy ich działania na rzecz środowiska , ich wyjazdy na obozy , ich występy dla mieszkańców wioski , w które angażowani byli także rodzice . Trzeba było omówić ,uszyć , przygotować stroje do występów , a później z przyjemnością uczestniczyć w występach swoich pociech .Występach nie o byle jakiej klasie skoro nawet telewizja nimi się zainteresowała. W tamtych czasach wystąpić na szklanym ekranie to nie lada sukces.
Państwo Pabichowie doskonale byli znani ze społecznej działalności na rzecz mieszkańców wioski i byli doceniani za swoje zaangażowanie.
Powrócę jeszcze do owego majowego popołudnia. Zawisłam w oknie i obserwowałam cel przybycia młodych ludzi.
Pani Pabich podeszła do mojego taty( zawiadowcy stacji) otrzymała od niego skrzyneczki z kolorowymi bratkami, łopaty ,kopaczki , grabie i wszyscy jak mrówki przystąpili do pracy . W gwarze i radości zmieniały swój wygląd klomby wokół budynku stacyjnego. Nie minęła godzina , a prace zostały w całości zakończone.
Radość i duma na młodych twarzach ,uśmiechnięta Pani drużynowa i nie ukrywał zadowolenia mój tata.
Teraz wszyscy potwierdzili gotowość do powrotu i tak się stało. Wesołe rozmowy i śmiechy oddalały się od mojego okna. Żałowałam, że nie byłam jedną z nich. Żałowałam ,ze nie mogłam razem z nimi wracać do pobliskiej wioski.
Pozostałam jeszcze jakiś czas w oknie , a później snułam się po domu znudzona jak mops.
Minęły lata. Internet ,cudowny wynalazek .Na forum naszego miasteczka odnalazł mnie nasz dawny kolega -Bronek. Spotkanie po tak wielu latach to okazja do niekończących się opowiadań.
Ja zdobyłam tytuł magistra matematyki na Uniwersytecie Wrocławskim ,mój kolega został doktorem matematyki. Przybliżył mi swoja pracę i nie była dla mnie niezrozumiała , ale odkrycie twierdzeń, których jeszcze nikt nie sformułował to olbrzymi wysiłek połączony z nie mniejszą pasją.
Kolejne nasze kroki to otwarcie drzwi naszej - klasy. Długo nie trzeba było czekać by dołączyli do nas nasi koledzy i koleżanki .
Spotkajmy się - to pomysł Bronka , który owocował we wspomnienia ,śpiewy , relacje z minionych lat. Powtórzone jeszcze jedno spotkanie , bo nie wszyscy na pierwsze przybyli. To drugie chyba bardziej udane.
Bronek grał nam na akordeonie , a my jak dzieciaki skakaliśmy na parkiecie Górskiej Chaty.
Bronek przywiózł najlepszą aparaturę i przy jej pomocy można było oglądać slajdy zdjęć od naszych wczesnych lat szkolnych , aż po obecne.
Bronek umówił się z naszym księdzem by coś tam w jego archiwum poszperać.
Bronek zorganizował na następny dzień spotkanie byłych harcerzy.
Wiem z relacji mojej mamy jak bardzo niektórzy przeżywali ten zjazd.
Jak się do niego przygotowywali i jak się z niego cieszyli.
Uszyto chusty identyczne jak te sprzed wielu lat. Znaleziono bardzo atrakcyjne miejsce , zaproszono zacnych gości.
Jak słuchy doniosły bawiono się fantastycznie i na kolejne umawiano. Lokalna gazeta zdawała relacje z przygody , dokumentując wspólnym zdjęciem.
Aby spędzić tak przyjemnie chwile musiał znaleźć się ktoś ,kto potrafił włożyć dużo pracy społecznej , mocno się angażować ,nie żałować swojego wolnego czasu. Zupełnie identycznie jak jego rodzice.
A ja do dzisiaj żałuje ,że nie należałam do harcerstwa tam zorganizowanego. Oni nigdy nie nudzili się jak mops przywiązany do budy.Pierwszy dzień spędzony na działce nad jeziorem
Przez przypadek kupiliśmy kawałek ziemi w górach i to za symboliczną kwotę i przez przypadek szykował nam się zakup działki nad jeziorem , również za marne grosze. Oby takich przypadków w naszym życiu było jak najwięcej.
Jak pisałam w poprzednich tygodniach , pierwszy urlop spędzony na własnej ziemi w górach udał się w 100%.Myśl o kolejnym zakupie nasunęła się sama. Przecież tam nad jeziorem bywaliśmy co roku.
Teraz można kontynuować tradycję na swoim ,własnym ,prywatnym ugorze, tym bardziej , że zostaliśmy definitywnie odcięci od możliwości spędzania wakacji nad jeziorem na dotychczasowych warunkach.
Skrzętnie schowany adres właściciela , podróż ponad 100 km , rozmowa z synem właściciela (ojciec opuścił ten padół), spotkanie z geodetą , wyznaczenie granic, umowa z notariuszem .To wszystko zajęło ,na szczęście ,ponad rok czasu. Na szczęście , bo jak zwykle musiałam czekać na napływ świeżej gotówki.
Kolejne wakacje: teren nasz osłupkowany ,termin spotkania z notariuszem ustalony , zatem pozwoliliśmy sobie z namiotem na prawie nasze przyjechać.
W pewnym wieku (delikatnie mówiąc) nie najlepiej pamięta się wydarzenia poprzedniego dnia , natomiast dokładnie ,ze szczegółami pozostają w pamięci chwile sprzed lat.
Tak jest i w tym przypadku. Dokładnie pamiętam jak rozbijaliśmy namiot w piękny słoneczny dzień , w samo południe , w tempie godnym wpisu do księgi rekordów i podskakiwaliśmy przy tym w najbardziej komiczny sposób. Przyczyna? Komary , niestety komary , ukryte w milionowych ilościach w trawach naszej działki. Szybko szczelnie zasuwaliśmy sypialnie , wytaszczaliśmy niezbędny sprzęt , leżaki wzięliśmy pod pachę i 50 metrów dalej , nad brzegiem jeziora wszystko powróciło do normy. Po południu od 17-tej do wieczora nie było sensu nawet zbliżać się do naszego obozowiska skoro w czasie największego upału goniły nas z łąki niczym rozwścieczone osy.
Dzień na plaży przebiegł bez zakłóceń .Było pięknie .Kryształowo czysta woda , kąpiele , opalanie , relaks jaki uwielbiam. Wieczorem jeszcze spacer i zanim powróciliśmy do naszej noclegowni , czteroosobowa grupa zarządziła zbiórkę , by omówić strategię działania na wypadek ataku mini bestii , a najlepiej jak nie dopuścić do walki bezpośredniej. Nie wolno włączyć żadnych latarek. W dresy przebrać się w przebieralni nad jeziorem i do sypialni wciskać się w tempie ekspresowym przez otwór o najmniejszych z możliwych rozsunięć zamka. Jeżeli choć jeden komar dostanie się do którejś sypialni , noc będzie polegała na bezskutecznym wymachiwaniu , które komara mogą tylko rozśmieszyć , bo trafić po ciemku raczej nie ma szans. Wszyscy z powagą przyjęli plan działania do wiadomości i z największą dyscypliną przystąpili do działania .W kilka sekund znaleźliśmy się w szczelnie zasuniętych sypialniach , wciskamy swoje korpusy do śpiworów i nagle widzimy ,że jakieś latarki oświetlają nasz namiot. Dwóch mężczyzn na zewnątrz donośnym głosem informuje :policja , proszę wyjść , tu nie wolno rozbijać namiotów , co państwo tu robią?
Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy ,to czy to rzeczywiście policja , czy jacyś chuligani? A jeżeli to policja , to akurat w sekundę po naszym wejściu do namiotu ? Najwyraźniej jakby nas obserwowano , a że nas cały dzień nie było to cierpliwie ktoś czekał na nasze przybycie?
Ja rozpoczęłam rozmowę przez płótno namiotowe , twierdząc ze nie wyjdę bo komary mnie zjedzą.
Małżonek zdecydował opuścić bezpieczna norę i porozmawiać o co chodzi. Rzeczywiście przed nim stało dwóch policjantów.
- To nasza ziemia - twierdził mąż - kupiliśmy ja na własność.
Od kogo została kupiona , pokazać akt własności, skąd jesteście itd. to pytania ,którymi obsypywano nas niczym przestępców.
Akt własności ? A kto wozi ze sobą akt własności. Pozostałe odpowiedzi były przekonywujące i panowie w mundurach pożegnali nie czyniąc dalszych problemów z pobytem.
Ja ciągle miałam na uwadze ,że akt własności to będziemy mieli po wakacjach.
Na drugi dzień rano ,zaraz po niezbędnych zabiegach typu mycie ,jedzenie itp. natychmiast pojechaliśmy do jeszcze właścicieli naszej przyszłej posiadłości z zapytaniem czy możemy rozlokować się z namiotem.
-Ależ oczywiście -usłyszeliśmy odpowiedź -przecież to już Wasze. Termin podpisu niczego nie zmieni. Życzymy przyjemnego odpoczynku.
Zatem kto nasłał na nas policję? W późniejszym czasie zagadkę rozwikłałam.piątek, 12 marca 2010
Licznik odwiedzin: 529112
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
coś co minęło , ale i na bieżąco też troszkę
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: